O autorze
Współzałożycielka i Wiceprezes Fundacji Królów, organizacji która w innowacyjny sposób pomaga młodzieży w aplikowaniu na najlepsze uczelnie na świecie.

Absolwentka socjologii kultury na University of Cambridge, socjologii na Lancaster University oraz stosunków międzynarodowych na UW. Stypendystka École Normale Superiéure w Paryżu.

Zawodowe doświadczenie zdobywała przez wiele lat w USA, Anglii oraz Francji, pracując dla międzynarodowych organizacji rządowych oraz pozarządowych w zakresie komunikacji, budowy programów edukacyjnych oraz konsultingu.

Jej blog poświęcony jest idei rozpowszechniania międzynarodowej edukacji oraz innowacyjnego podejścia do jej udostępniania.

Napisz do autorki lub skontaktuj się przez Linkedin

Paryż, kino i artyści – echa Cezarów i Oskarów nad Sekwaną

Teatr Châtelet podczas ceremonii rozdania Cezarów. Piątek, 24 lutego 2012 roku. Dziękuję mojemu koledze Maziarowi Razaghi za udostępnienie tego zdjęcia.
Teatr Châtelet podczas ceremonii rozdania Cezarów. Piątek, 24 lutego 2012 roku. Dziękuję mojemu koledze Maziarowi Razaghi za udostępnienie tego zdjęcia.
Dwa dni przed ceremonią Oscarów, odbyła się w Paryżu 37. uroczystość rozdania Cezarów, nagród przyznawanych przez francuską Académie des Arts et Techniques du Cinéma. Francuski aktor Jean Dujardin nie dostał Cezara za swoją główną rolę w filmie “Artysta”. Nad Sekwaną zawrzało. Dujardin musiał poczekać na swój triumf jeszcze dwa dni, kiedy za tę samą rolę przyznano mu Oscara. Mimo to, podobnie jak w Los Angeles, film “Artysta” był w Paryżu zwycięzcą: zdobył on w zeszły piątek aż sześć z dziesięciu nagród, do jakich został nominowany (między innymi za najlepszy film i reżyserię), ale w tej puli, we Francji, Dujardinowi przypadła łyżka dziegciu.

Wydarzenie podczas Cezarów pozostałoby prawdopodobnie wyłącznie w sferze osobistych “rozterek przed lustrem” Dujardina, jakie dziś po drugiej stronie oceanu pewnie najboleśniej przechodzi Glenn Close, której rywalka (i przyjaciółka) Meryl Streep w niedzielę odebrała jej szansę na pierwszego w karierze Oscara (odbierając swojego trzeciego), gdyby nie fakt, że brak wyróżnienia dla Dujardina został we Francji uznany za wyrok polityczny.





Spośród szturmu komentarzy we francuskich mediach, na uwagę zasługuje z ironią przedstawiane oskarżenie, że „Artysta” musiał zasłużyć na małego kuksańca ze strony francuskiej Akademii, z powodu swej niefrankofońskiej tematyki. Rzeczywiście, Hollywood lat 20., jaki – szeroko powiedziawszy – jest tematem „Artysty”, nie ma nic wspólnego z propagowaniem francuskiej definicji „liberté, égalité, fraternité” (wolności, równości i braterstwa – filarów republikańskiej Francji). Inaczej rzecz się ma, jak się wydaje, z „Nietykalnymi” („Les Intouchables”), Erica Toledano, filmem, za który Omar Sy, zamiast – jak się wszyscy spodziewali – Dujardina, otrzymał Cezara za główną rolę męską. Kolejne komentarze: „Omar Sy jest pierwszym czarnoskórym aktorem uhonorowanym w tej kategorii Cezarem”. Pachnie Politką? – Znów komentarze. Bowiem “Nietykalni” z honorowania francuskiej “wolności, równości i braterstwa” wydają się brać garściami wszystko co możliwe: to kasowa historia “z morałem” mówiąca (w dużym skrócie) o czarnoskórym recydywiście z podparyskich przedmieść, który zostaje zatrudniony w roli opiekuna przez sparaliżowanego arystokratę z paryskiego „hi-endu”. Z decyzji o zatrudnieniu, wynika przyjaźń ponad podziałami między bohaterami filmu. Ten temat chyba brzmi znajomo, spoglądając choćby „zza komina” na kino amerykańskie sprzed nie tak wielu lat. Republika Francuska czuje się dobrze. Polityka multikulturalna działa. Wolność, równość i braterstwo, też ma się nieźle. I dobrze. Tylko niestety nie jest aż tak dobrze, jakby chciało kino. Powód, dla którego burżuazja francuska (do której przecież należą człoknowie Akademii) chce się czuć “dobrze”, jest widoczny w Paryżu każdego dnia: Francja to kraj, który z problemem wielokulturowości chce sobie radzić podęrcznikowo, ale efekt jest z tylnej ławki: wciąż pąsem na twarzy Francuzów stają zamieszki tzw. „minorites visibles” z 2005 roku („minorites visibles”, to określenie ukute we Francji dla mniejszości narodowych o odniennych cechach etnicznych – głównie naturalizowanych obywateli francuskich w okresie postkolonialnym), kiedy to wściekła młodzież z paryskich przedmieść rozprawiała się ze swą frustracją za pomocą rozbojów i palenia samochodów. Co dzień, bezdomni śpią w zakamarkach najelegantszych ulic miasta (nie, nie pod mostami, ale na wielkoparyskim bulwarze Saint-Germain-des-Prés i pod Sorboną), a policjanci przechodzą obok tego licząc chmury na niebie. We Francji, zgodnie z ustawodawstwem wielokulturowym, „minorites visibles” (dokładnie tłumaczenie: „mniejszości widoczne”) są „invisibles” („niewidoczne”): Francja, od lat w swoim cenzusie zabrania prowadzenia statystyk, w których mowa o liczbie ludności pochodzenia etnicznego. Skoro są „invisibles” – to problemu nie ma. Gogol i do przodu. „Nietykalni”, to według mnie film, który rozprawia się z problemem mniejszości, jednak nie „od kuchni i dla kuchni”, jak to robił film „Nienawiść” („La Haine”) Mathieu Kassovitza z 1995 roku, mówiący po raz pierwszy we Francji (i po raz chyba ostatni) jezykim przedmieść dla przedmieść ale, niestety, „od salonu” paryskiej burżuazji i trochę na jej potrzeby.



Film „Nietykalni”, w kontekście francuskim jest dla mnie o tyle ciekawy, że trochę na zasadach echa prowokuje dyskusje na temat jakości kulturowej tolerancji we Francji. Szkoda jednak, że sam wprost się do tego nie przyczynia. Nagroda za najlepszą rolę męską dla “pierwszego czarnoskórego aktora” była, według mojej oceny, i wobec powyższego, niejakim poklepaniem się po ramieniu akademii za jej “harcerskośc”– nie odbierając Omarowi Sy jego aktorskiego talentu, ani filmowi jego popularności we Francji. Niestety. Jeśli pragną Państwo zobaczyć ten film, sugeruję, dla porówniania, zobaczenie także innego filmu z kategorii – niech będzie – „o nawróconych recydywistach” (bo przecież nie o mniejszościach, których nie widać) Duńskie „Jabłka Adama” Jensena z 2005 roku z Madsem Mikkelsenem w głównej roli. Tu, według mnie, i kuchnia i salon mają co brać na serio i to w najlepszej formie. A to rzadkość, jak się okazuje. W kontekście bardziej francuskim, i „kuchennym”, polecam wspomniany już, kultowy film „Nienawiść”.

Wracjając do sprawy „Francja przeciw Dujardin”, czyli dlaczego aktor, który został uhonorowany Oscarem, nie dostał dwa dni wcześniej francuskiej nagrody Cezara w kategorii “najlepszy aktor”. Staram się trzymać z daleka od prób podejmowania salomonowego rozstrzygnięcia pomiędzy kreacjami aktorskimi Dujardina i Sya, pozostawiając je Państwu. Jednak, tak jak film „Nietykalni” czerpie z tego, jak republika francuska chciałaby się sama widzieć, tak dla mnie „Artysta” czerpie – i to szczodrze – zgodnie z powiedzeniem Picassa – z tego, że „dobrzy artyści pożyczają, wielcy artyści – kradną”. Oglądając „Artystę”, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że oglądam filmowe przedruki z „Deszczowej piosenki” z 1952 roku z Genem Kellym, z tu i ówdzie powtykaną, autentyczną historią miłosną między Gretą Garbo a Johnem Gilbertem. Po kolei.

Odnośnie przedruków – jeśli „Deszczowa piosenka” nie jest Państwu znana, tłem dla tego musicalu jest rewolucja dźwiękowa lat 20. kiedy to niektóre gwiazdy filmu, z braku możliwości wokalnych (albo językowych), musiały odejśc do lamusa. Jak to w kinie amerykańskim, „Deszczowa piosenka” to historia sukcesu, w której Gene Kelly bez turbulencji przepoczwarza się z artysty kina niemego na dzwiękowego Herkulesa, natomiast jego kinowa partnerka, Lina Lamant, o ekranowym wyglądzie, ale o głosie Myszki Miki, jest odesłana na wcześniejszą emeryturę. I tu dotykamy sedna scenariusza „Artysty” (oczywiście przypadkowo), ale w rewersie. Otóż w „Artyście”, bohaterem jest Gene Kelly przechodzący rozterki Liny Lamant, które nie zostały podjęte szerzej w “Deszczowej piosence”. Tyle. Druga część filmu (skoro już nie można oprzeć się o fabułę „Deszczowej piosenki”) to, według mnie, młotkiem wystukany fragment biografii Grety Garbo, w którym Garbo, już jako wielka gwiazda, wymogła na producentach „Królowej Krystyny” aby jej partnerem w filmie został jej ukochany (a jednocześnie wygasła gwiazda kina niemego), John Gilbert. Ta prawdziwa historia jest pieczołowicie wbudowana w fabułę „Artysty”.



Kiedy oglądałam ten film, przypomniałam sobie, jak jesienią parę miesięcy temu przeczytałam, że wirusolodzy wracają do szczepionek sprzed dekad, bo współcześnie panujące bakterie są odporne na obecne szczepy grypy i wobec tego należy wracać do starych, które mają szansę zadziałać. „Artysta” to dobra rozrywka. Dobra, bo oparta o sprawdzone przed laty metody robienia kasowych filmów.

Czy fakt, że Dujardin nie dostał Cezara za swoja rolę w “Artyście” oznacza, że francuskie kino, które nie dotyka tematów bliskich Francji zasługuje na swoim podwórku na reprymendę? Według wielu komentatorów, można tak na to patrzeć. Jednak, według mnie, niekoniecznie. Bowiem, poza fimową poprawnością polityczną, wydaje mi się zasadne postawienie pytania, czy „Artysta” to rzeczywiście aż tak dobre kino, jak wskazuje na to deszcz nagród, jaki spłynął na ten film, i to zarówno w zeszły piątek we Francji jak i w niedzielę podczas ceremonii Oscarów. Medialna kłótnia o laury (lub ich brak) dla Dujardina jest ciekawym produktem ubocznym rywalizacji jaką francuska scena filmowa niewątpliwie chce podjąć z Hollywood.

Jedno pragnę dodać na koniec. We Francji co środa jest święto kina. Tradycyjnie, tego dnia pojawiają się w kinach nowe tytuły (około dziesięciu), z których (circa) 60% to filmy francuskie, 20% to filmy międzynarodowe a dopiero kolejne 20% to filmy amerykańskie (w tej kolejności). „Sponsoring” Małgorzaty Szumowskiej (we Francji ma tytuł „Elles” – „One”), pojawiał się w Paryżu na plakatach gdzie okiem nie sięgnąć: na stacjach metra, w witrynach, wszędzie. Filmy irańskie (jak nagrodzone Oscarem “Rozstanie”) czy, szeroko powiedziawszy, arabskie czy azjatyckie, we Francji nie ustępują promocji filmom amerykańskim. Może od tego wypada zacząć, werdykty pozostawiając filmowej polityce festiwalowej a dostęp do wrażeń, widzom, od których i tak wszystko zależy. Miłego kina wszystkim życzę.
Trwa ładowanie komentarzy...